Blizna na brzuchu – blizna na sercu

Wczoraj po Facebooku krążyło zdjęcie pewnego maluszka ułożonego na kolanach mamy. I pewnie fotka nie wywołałaby furory, gdyby nie fakt, że poza dzieckiem widać było też bliznę na brzuchu mamy. Bliznę po cesarskim cięciu. Bardzo szybko opinie użytkowników podzieliły się na kilka obozów. Część uznała, że zdjęcie jest zbyt intymne, a w odpowiedzi na to druga część stwierdziła, że blizna po cesarskim cięciu nie jest powodem do wstydu, bo przypomina o bardzo ważnym wydarzeniu – o przyjściu dziecka na świat. Zaczęły się ochy i achy, jak bardzo można taką bliznę lubić. Poczytałam trochę komentarze i czułam się bardzo odosobniona, bo ja swojej blizny nie lubię…

Moja blizna różni się od tej na fotografii. Nie ma kształtu uśmiechu czy słoneczka, jak porównują inni. Nie da się jej schować pod bielizną, nawet w spodniach jest to problemem. Ciągnie się od pępka w dół, tworząc grubą, ciemną pręgę. Nie pomogło stosowanie wszelakiego rodzaju mazideł, czas też niewiele wskórał, jaka była, taka jest. I być może bym ją polubiła, gdyby nie jeden drobny szczegół – wyryła się też na moim sercu…

Minęło już sporo czasu odkąd pojawiła się na mym ciele, a ja gdy tylko spojrzę na mą bliznę, mam przed oczami tamten czas. Widzę każdą kroplę krwi, która wypłynęła z małej, zaciśniętej piąstki mojej córeczki. Każdą igłę wbitą siłą w jej drobne ciałko. Widzę szklany inkubator, który zastępował me ramiona, gdy dzieliły nas kilometry. Widzę jej łzy i swą niemoc, gdy musiałam ją zostawić i wrócić do domu. Doskonale pamiętam, co czułam, gdy nie mogłam jej mieć przy sobie i ciężko to wytrzeć z pamięci. Być może to wszystko można by zapomnieć, gdyby dziś ze zdrowiem malutkiej było wszystko dobrze, lecz nie jest…

Nie lubię swojej blizny, bo nie powinno jej tu być. Nie wstydzę się jej, bo zdanie innym najmniej mnie obchodzi, ale chowam ją, jak mogę, bo przypomina mi o czymś, czego wolałabym nie pamiętać. Nie lubię, gdy ktoś pyta skąd się wzięła, bo fala wspomnień przeszywa wtedy całe me ciało. I choć wiem, że dzięki niej żyję i mam cudowną córeczkę, to jej obecność bardzo mnie boli.

Czytając komentarze pod wyżej wspomnianym zdjęciem, zaczęłam się zastanawiać ile jeszcze jest mam, które, tak jak ja, niechętnie spoglądają na swój brzuch? Ile jest mam, dla których ta blizna jest szczególnie bolesna, którym przypomina o stracie największego skarbu życia? Czy tylko ja jestem jakaś inna i nie lubię swojej blizny? I nie mówcie mi proszę, że jej tak wiele zawdzięczam. Ja to wiem. Wiem też, że zawiodłam. Zawiodłam samą siebie, bo nie tak miało być. Zawiodłam córeczkę nie mogąc ofiarować jej tych kilku dodatkowych tygodni we mnie. I choć wiem, że to nie moja wina, to mimo wszystko gdzieś tam w głębi siebie czuję, że tak właśnie jest…

Jakiś czas temu po sieci krążyło zdjęcie tatuażu wykonanego na bliźnie po cesarskim cięciu. Też wywołało sporo zamieszania, bo przecież jak można chcieć ukryć ślad po przyjściu na świat dziecka. Otóż można. Można wtedy, gdy jest on bolesnym wspomnieniem utraty dziecka. Można, gdy coś poszło nie tak i przykre konsekwencje tego ciągną się za nami przez całe życie. Naprawdę można nie lubić swojej blizny… Ja jej bardzo nie lubię…