Chcę umrzeć…

Dwoje cudownych dzieci, kochający mąż, piękny dom… Czego można chcieć więcej? Miała wszystko, a mimo tego pragnęła umrzeć…

Poznałam ją dawno temu, jeszcze jako małą dziewczynkę. Zaprzyjaźniłyśmy się. Później wyprowadziła się i kontakt się urwał. Jeszcze jako nastolatki spotkałyśmy się kilka razy. Potem nie dawała znaku życia. Od wspólnych znajomych dowiedziałam się, że skończyła studia, wyszła za mąż. Następnie ślad po niej zaginął…

Dwa lata temu zobaczyłam w Internecie apel o pomoc. Rysy twarzy znajome, imię pasowało, tylko te oczy… Takie nie jej… Smutne, zrezygnowane, przygnębione… Byłam przerażona. Dawna przyjaciółka walczyła o życie…

Walkę wygrała, choć przyznała mi, że pragnęła z całych sił umrzeć… Dlaczego? Poczytajcie…

Początkowo nie wierzyłam, że to się dzieje – napisała mi w mailu – Przecież jestem młoda, silna, tylko ból głowy mi dokuczał. Migrena pewnie…

Niestety dawnej koleżance przyszło się zmierzyć z nierównym wrogiem – nowotworem. Walka była ciężka: kilka operacji, chemioterapia, radioterapia… Długie dnie, tygodnia i miesiące spędzone w szpitalu.

W pewnym momencie byłam tym wszystkim bardzo zmęczona. Nie mogłam już znieść wzroku moich dzieci, które niewiele rozumiały, ale bały się bardzo. Pogodziłam się, że umieram i chciałam umrzeć jak najszybciej. Mieć to już za sobą…

Nie potrafiłam zrozumieć jej słów. Było to dla mnie nielogiczne. Zawsze wydawało mi się, że człowiek walczy do końca. Szczególnie, jeśli ma małe dzieci i jest młody. Myślałam, że jest to wystarczająca motywacja Ja chciałabym jak najdłużej zostać przy swoich dzieciach. Walczyłabym do końca… Zresztą trochę doświadczeń mam już za sobą i wiem, że bardzo chcę żyć…

Naprawdę? – spytała i zaczęła wyjaśniać – Dopóki byłam w domu walczyłam jak lwica. Robiłam codziennie setki zdjęć. Takich wspólnych z dziećmi, bo wcześniej to tak jakoś mało mnie na zdjęciach było. Ja mam niewiele zdjęć swojej mamy, chciałabym, aby one miały więcej. Później wszystko toczyło się szybko i nic prócz bólu nie pamiętam. I nie chodzi o ból fizyczny. Ten mijał po lekach… Cierpiałam najbardziej widząc je – zagubione i przestraszone. Ciągle myślałam, jak sobie poradzą beze mnie. I tak bardzo wierzyłam w to, że umieram, że aż umrzeć chciałam…

Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, co można czuć w takiej sytuacji. Zastanawiałam się, czy można jakoś poukładać swoje życie, jeśli wie się, że nie ma zbyt dużych szans na wyzdrowienie. Czy można choć w minimalny sposób przygotować dzieci? Nie wiedziałam, co myśleć…

W pewnym momencie spotkałam inną dziewczynę z podobną diagnozą. To ona pomogła mi się podnieść. – pisze dalej Najpierw uświadomiła mi, że muszę się przygotować na śmierć. I nie chodzi tu o wymiar duchowy. Tylko tak całkiem ludzko. W coś mnie muszą przecież potem ubrać. Dzieci powinny mieć po mnie jakąś pamiątkę. Zaczęłam pisać listy do moich córek z różnych okazji. Na Urodziny, Święta, Pierwszą Komunię, a nawet Ślub. Pochłonęło mnie to całkowicie, że aż zapomniałam, że chcę umrzeć. Miałam jeszcze tyle spraw do załatwienia. Nie zauważyłam też początkowo, że wyniki są coraz lepsze i czuję się lepiej. Potem wszystko nabrało tempa i żyję…

Przyjaciółka dziś czuje się dobrze. Wyniki badań ma dobre. Jedynie włosy ma krótsze niż wcześniej. Do dziś trzyma listy do swoich córeczek. Nie wyrzuca ich na wszelki wypadek. Mnie też zachęciła bym choć jeden list pożegnalny napisała. Po co? Jej mama zmarła nagle i ma niewiele pamiątek po niej. Taki list jest na całe życie – pisze.

Ja jednak nie chcę kusić losu, by owy list uczynił przydatnym…