Chyba nie jestem dobrą matką

Chyba nie jestem dobrą matką, pomyślałam w ten sposób w ostatnim tygodniu ze sto razy. Bardzo się staram, aby dzieci były szczęśliwe, ale czasem odnoszę wrażenie, że nie są. Dbam o zdrową dietę, o to, by codziennie spędzały aktywnie czas na świeżym powietrzu. Zabieram je w różne miejsca, by jak najwięcej zobaczyły, poznały świat. Uczę miłości i nie tylko… To na nic…

Kocham moje dzieci najbardziej na świecie. To oczywiste… dla mnie, ale co myśli dwulatka? Poświęcam dzieciom każdą chwilę swojego życia, co wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. Czy jestem szczęśliwa? Tak. Nie wyobrażam sobie innego życia. Każda sekunda spędzona z nimi jest wyjątkowa, jednak nierzadko bardzo trudna. Kochać mądrze jest najtrudniejszą rzeczą, z jaką przyszło mi się zmierzyć…

Bardzo chciałabym, aby moje dzieci wyrosły na dobrych ludzi, takich z zasadami, ze zdrową hierarchią wartości… To nie jest proste. O ile nauczenie dzieci mówienia starszym “dzień dobry” jest błahostką, tak nauczyć mówić “proszę, dziękuję, przepraszam” nie jest już tak łatwo. A jednak udało się. Codziennie używamy tych słów nawet podczas zabawy. A z ust niespełna dwulatki brzmią niezwykle wyniośle. To miłe, jak ktoś zauważy “ale grzeczne dzieci”. Rosnę wtedy w siłę, która pozwala mi przetrwać chwile zwątpienia, gdy zastanawiam się, czy to ma sens.

Czy jestem dobrą matką, gdy tak wiele od dzieci wymagam? Gdy ciągle zwracam uwagę, gdy nie na wszystko pozwalam? Wydaje mi się, że tak. Jednak łzy moich dzieci, które buntują się przed tym wszystkim, często wprawiają mnie w zwątpienie…

Z drugiej strony, może wcale tak dużo nie wymagam? Bo przecież żaden rodzic nie pozwoli na to, by dzieci się między sobą biły, by wydzierały sobie zabawki.. Prawda? Ja nie pozwalam. Tłumaczę i próbuję łagodzić konflikty. Nie raz okupione jest to łzami, nie tylko dzieci… Próbuję uczyć dzieci wrażliwości. Wrażliwości na cierpienie innych. Nie jest to łatwe… Dlatego cieszy mnie bardzo, gdy synek ratuje robaki z basenu, gdy dba, by gołębie dziadka miały czystą wodę, by koty dostały jeść… Cieszy mnie to, że zauważa potrzeby innych. A Łucja? Jaka ona jest słodka, gdy ucisza wszystkich, bo szczurek właśnie śpi, gdy głaszcze go delikatnie po nosku… W takich momentach wiem, że warto walczyć, nie poddawać się, nawet gdy innym się wydaje, że krzywdzę dzieci, bo na nic im nie pozwalam. A przecież pozwalam im na wszystko, co nie jest sprzeczne z zasadami przeze mnie przyjętymi.

Czy dziecku do szczęścia jest naprawdę potrzebne rzucanie kamieniami? Czy bieganie po sklepie i zrzucanie artykułów z półek to jest pełnia szczęścia? Deptanie i niszczenie kwiatków w ogródku… Zdecydowanie nie! A jednak nie wszyscy to rozumieją i w wytyczaniu dzieciom granic widzą samo zło. Niestety często, gdy się dziecku na coś nie pozwala, buntuje się czy płacze. Ale czy to oznacza, że jest nieszczęśliwe? Myślę, że bardziej będzie nieszczęśliwe, gdy pójdzie do szkoły i zderzy się z ogromem nakazów i zakazów, zasad i reguł…

Niedawno byliśmy na spacerze w parku. Dzieci znalazły jaszczurkę wygrzewającą się na kamieniu. Przyglądały się jej uważnie, ciesząc się niesamowicie ze znaleziska. Jaszczurka niewzruszona wygrzewała się dalej. Dzieci pobiegły się pobawić, a jaszczurką zainteresował się inny chłopiec, starszy od Sebastianka ze 2-3 lata. I co? Przyłożył jej kamieniem, uśmiercając na miejscu. Rodzice obserwowali scenę bez żadnego zażenowania. Walczyłam z sobą, by nie podejść i nie powiedzieć paru słów… A teraz szczerze myślicie, że to wina chłopca? Bo ja nie… Przecież wystarczy tłumaczyć, a czasem trzeba zareagować i krzyknąć. Tym nie wyrządzimy krzywdy dziecku… Większe szkody robimy nie zwracając uwagi…

Zasady, choć trudne dla dzieci i dla nas zresztą też, kształtują charakter człowieka. Co prawda ostatnio jestem bliska załamaniu, bo córeczka chyba wkracza w bunt dwulatka i za wszelką cenę chce sprawdzić, na ile może sobie pozwolić. Denerwuje brata, sprawdzając jego wytrzymałość (o tym pisałam TU), na szczęście mały okazał się wyrozumiały i stwierdził, że wyrośnie z tego. Czasem zadziwia mnie jego dojrzałość… Ale wracając do Łucji, czasem nie wiem, czy lepiej pozwolić jej wyrazić swój bunt i nie zwracać uwagi, gdy krzyczy czy wymusza coś płaczem. Czy może na siłę próbować znaleźć rozwiązanie? Najgorsze jest to, że w swej złości nie pozwala się przytulić, wyrywa się… Na Sebastianka zawsze to działało. A z małą nie wiem jak mam postępować…

Wtedy właśnie myślę, że nie jestem dobrą matką, skoro nie potrafię poradzić sobie z emocjami własnego dziecka… Gdy nie wiem, jak nakłonić ją do zjedzenia jabłka, bo ona chce czekoladę… Pewnie ktoś powie “po co jej w ogóle dajesz”… hmm nie daję, ale nie mieszkamy sami… Ale babcie to temat na osobny, bardzo długi wpis, bo wiadomo babcie uwielbiają swoje wnuki (bynajmniej większość babć tak ma) i bardzo trudno im zrozumieć, że czasem dziecko nie może czegoś dostać… Winię siebie za to, że moja córeczka jest bardzo złośliwa i uparta, a może to nie moja wina, a tego, że tak dużo przeszła? Tyle, że powstaje pytanie, co z tym zrobić? Czy pozwalać jej na wszystko na co się uprze? Myślę, że to nie najlepszy pomysł… Początkowo robiłam wszystko, żeby nie płakała, żeby się nie złościła, bo ciągle słyszałam, że tak powinnam. Dziś zbieram plony tego postępowania… Zasady i konsekwencja powoli wprowadzają w nasze życie ład. Niestety to ciężka praca i opłacona łzami, żalem i moim wycieńczeniem…

Chyba nie jestem dobrą matką, ale staram się jak mogę być najlepszą, jaką moje dzieci mogłyby mieć. Codzienne “Kocham cię mamusiu” dodaje mi skrzydeł i wiary, że może się jednak mylę, że może niewiele mi potrzeba, bym mogła z ulgą odetchnąć i stwierdzić z dumą: jestem dobrą matką!