Łucja

Łucja to mój osobisty cud. To dowód na to, że istnieje Boska Opatrzność…

Czasem w życiu dzieje się coś, na co nie mamy wpływu, ale nas dotyka. Od samego początku mojej drugiej ciąży żyłam w ciągłym stresie. W sumie największe nerwy przeżyłam jeszcze nie wiedząc, że pod sercem noszę moje drugie Szczęście. Później zamiast być lepiej – było coraz gorzej. Pamiętam, jak moja babcia mówiła mi ciągle: “nie denerwuj się, bo to wszystko wpływa na dziecko”. Niestety miała racje, ale nie łatwo jest zapanować nad nerwami, gdy przez nieżyczliwość osób trzecich, wali Ci się cały świat. Jedyną otuchą dla mnie był fakt, że w brzuszku noszę córeczkę. Gdy już mi się udało zdystansować do całej sytuacji, gdy odetchnęłam z ulgą, wierząc, że gorzej być nie może… Okazało się, że jednak może być…

Pamiętam, że Sebastian, wtedy dwuletni, miał wysoką temperaturę. Szły mu ostatnie zęby i na dodatek miał zapalenie dziąseł. Temperatura sięgała 39 stopni, więc w nocy czuwałam przy nim. Byłam w 34 tygodniu ciąży, choć tak właściwie dziś wiem, że był 32 tydzień, tak jak według usg (mam długie cykle). Chciałam mu zmierzyć temperaturę, więc podniosłam się po termometr. Wtedy zaczęło się, dostałam krwotoku. W sumie dalej nie wiele pamiętam. Tylko tyle, że nie mogłam się dodzwonić do rodziców, którzy spali piętro niżej, ani do męża, którego nie było wtedy ze mną. Każda sekunda wydawała mi się wiecznością…

Do dziś dziękuję Bogu, że kilka dni wcześniej spakowałam torbę do szpitala. Udało mi się powiadomić męża, który zjawił się w tempie błyskawicznym i pędem pojechaliśmy do szpitala. W drodze zadzwoniłam do mojej pani doktor. Akurat miała dyżur. Czekała na mnie. Mimo że do szpitala dojechaliśmy w niespełna 10 min (był środek nocy, brak ruchu), cała droga strasznie mi się dłużyła. Najgorsze było to, że nie czułam ruchów maleństwa. W sumie już wieczorem mała była leniwa. Tysiąc myśli kłębiło mi się w głowie…

W szpitalu oczywiście nie uniknęliśmy wszystkich formalności na Izbie Przyjęć. Dopiero położna wysłana po mnie z oddziału przyspieszyła wszystko, bo tak pewnie bym spędziła tam kolejne minuty i pewnie nie mogłabym dziś być tu…

Na oddziale wszystko działo się bardzo szybko. Moja pani doktor od razu podjęła decyzję o cesarskim cieciu, jednak była to operacja ratująca mnie, bo puls dziecka nie był już wyczuwalny. W drodze na salę operacyjną modliłam się, żebym się jeszcze obudziła, bo w domu czeka na mnie synek, który mnie potrzebuje. Jednak przede wszystkim modliłam się, żeby to nie była prawda, żeby moje dziecko żyło. Na sali nikt nic nie mówił, wszyscy szybko przygotowywali mnie do narkozy. Podłączali pod różne aparatury…. Było mi strasznie zimno i wiem, że dopóki nie zasnęłam, ciągle to powtarzałam.

Nie pamiętam, czy coś mi się śniło. Raczej nie. Nie pamiętam momentu, kiedy zasnęłam. Później dowiedziałam się, że nie mogli mnie uśpić, że zwiększono dawkę, bo nie było rezultatu. Ja tego nie pamiętam, ale pamiętam moment, kiedy się wybudzałam. Początkowo słyszałam czyjeś głosy i dusiłam się. Rurka intubacyjna utrudniała mi oddychanie. Myślałam, że się uduszę. Wtedy ktoś poprosił mnie o ściśnięcie dłoni. Nie wiem jakim cudem mi się to udało, bo oczu otworzyć nie mogłam.

Gdy tylko mogłam oddychać, spytałam o córeczkę. Wtedy dowiedziałam się, że urodziła się żywa, ale bardzo malutka. Nie kazano mi więcej nic mówić, więc z tą myślą spędziłam kolejną godzinę. To, co się w takiej chwili czuję jest nie do opisania. Z jednej strony ulga, że dziecko żyje. Ale nie wiadomo, w jakim jest stanie. A może tylko tak mi powiedziano, żebym się nie denerwowała, bo miałam bardzo wysokie ciśnienie krwi spowodowane transfuzją i stresem. Tysiąc myśli i jedna gorsza od drugiej. I ta niepewność…

Na oddział położniczy jechałam z nadzieją, że coś się dowiem. Mąż czekał przed oddziałem. Dostałam osobną salę (wtedy jeszcze pusta, dnia następnego pojawiły się mamusie i ich nowo narodzone maluszki)  i pozwolono mężowi zostać ze mną. Wtedy dowiedziałam się, że Łucja została ochrzczona, że ma zaledwie 1305 gram i 40 cm długości i że walczy o życie. Był środek nocy, ja ledwie przytomna, podłączona pod kroplówki. Kazałam mężowi wracać do domu. Myślałam, że uda mi się zasnąć, ale nie mogłam. Rano na obchodzie dowiedziałam się, że mam dzielną córeczkę, że oddycha sama, ale jest w komorze tlenowej. Musiałam także podpisać zgodę na transfuzję krwi u małej. To dało mi poczucie, że moja córeczka naprawdę żyję. A gdy mąż przyniósł mi jej zdjęcie, odetchnęłam z ulgą. Była taka podobna do braciszka, tyle że malutka, bardzo….

91

Najgorsze było czekanie. Urodziłam 0:55 w niedziele, a dopiero w poniedziałek po południu mogłam zobaczyć swoje maleństwo. Wcześniej cały czas leżałam plackiem podłączona do czego się dało. Ale gdy już zobaczyłam Łucję, byłam przerażona. Nie zdawałam sobie sprawy jaka ona jest malutka. I te wszystkie diagnozy lekarzy… Wylew dokomorowy, wada serduszka, niski poziom hemoglobiny i glukozy we krwi… A to były tylko początki….

92

Nasza córeczka była bardzo dzielna. Nie poddała się. Udowodniła wszystkim, że chce żyć. Pierwszy miesiąc swojego życia spędziła w szpitalu, ja w trzeciej dobie się wypisałam, bo sytuacja w domu z Sebastiankiem była trudna. Nie chciał jeść, a zapalenie dziąseł rozlało się na całą buzię. Byłam rozdarta. Chciałam być i z córeczką i w domu z synkiem. Ten miesiąc upłynął mi na ciągłym jeżdżeniu do szpitala. Odciągałam pokarm i zawoziłam małej. Byłam z nią kilka godzin i wracałam do domu. I tak w kółko.

Łucja początkowo nie przybierała na wadze. W między czasie załapała żółtaczkę. Na szczęście później wystrzeliła z kopyta 😀 Codziennie miała kilkadziesiąt gram do przodu. Musieliśmy przekroczyć magiczne 2 kg, aby móc zabrać nasz Skarb do domu. Gdy już było blisko okazało się, że konieczna będzie kolejna transfuzja. Tym razem ponad 5 godzin trzymałam ją na rękach, podłączoną do wszystkich aparatur i pilnowałam, żeby nie wyciągnęła sobie wenflon z główki. To było ostatnie miejsce, gdzie udało się wkuć. Ciśnienie skakało Łucji jak szalone, że pani doktor zastanawiała się, czy nie przerwać. Jakoś dotrwałyśmy do końca. 6 listopada Łucja opuściła szpital (urodziła się 30 września 2012r.).

93

Oczywiście w domu wszystko było łatwiejsze. Nawet te wszystkie wędrówki po specjalistach, codzienne podawanie leków, nie były takie straszne. Najważniejsze, że miałam ją przy sobie. Szybko okazało się, że serduszko naprawiło się samo, wylew wycofał, mieliśmy zdrową dziewczynkę w domu. Tylko dużo mniejszą…

Łucja udowodniła wszystkim, że wcześniactwo o niczym nie świadczy. Kilka dni po swoim urodzeniowym roczku chodziła (według wieku korygowanego nie miałaby jeszcze roku). Po kilku miesiącach biegała. Wszystko powtarza za bratem i od niego wszystkiego się uczy. Teraz 20 miesięczna Łucja jest mniejsza od rówieśników, ale rozwojowo co niektórych znacznie wyprzedza. Sama je i u niej nawet szybciej, niż u brata, znika obiad. Jest małą gadułą, nie pamiętam, żeby mały tyle mówił. Budzi się rano i pierwsze słowo to jest “iść skakać”, co oznacza, że chce iść na dwór na trampolinę. Powtórzy każde słowo, niektóre trochę gorzej, ale przecież nie ma jeszcze dwóch lat. Nocnik woła już z dobre pół roku, oczywiście nie zawsze się uda. Jest wesołym, pogodnym dzieckiem. Co prawda jest bardzo uparta i za wszelką cenę chce postawić na swoim, ale jakoś sobie musi radzić ze starszym bratem 😉

602

603

604

605

606

607

608

609

610

611

612

613

614

Moja córeczka nauczyła mnie, że nie można się poddawać, że trzeba walczyć. Dziś wiem, że cokolwiek się dzieje, trzeba wierzyć do końca i małymi kroczkami brnąć do przodu. Czasem od porażki dzieli nas naprawdę niewiele, tak jak nas maksymalnie 7 minut… 7 minut, które mogło przekreślić wszystkie moje marzenia, moje życie… 7 minut, które dało mi siłę, by walczyć z przeciwnościami losu…

615

616

617

618

619

620

621

622

623

624

625

626

627

628

629

630

631

632

633

634

635

636

637

638

639

640

641

643