Radość i łzy…

Dziś Światowy Dzień Wcześniaka. Nie jest to łatwy dzień dla mnie, bo niestety i nam przyszło dziś “świętować”. W domu mam bardzo dzielną kruszynkę, która 6 lat temu opuściła szpital na kilka dni przed dzisiejszym świętem, mimo że na świat przyszła ostatniego września…

Doskonale pamiętam ten dzień. Było zimno i wiał silny wiatr. Pojechałam po córeczkę z moją mamą, która pierwszy raz mogła zobaczyć malutką wnuczkę z bliska. Wcześniej tylko raz pozwolono jej wejść na oddział, ale malutką widziała z daleka i w inkubatorze. Emocji nie było końca. Pierwszy raz mogła dotknąć jej kruchej rączki, pogłaskać czule po główce. Z trudem powstrzymywała łzy, w końcu pękła…

Wyjątkowo spokojna…

Położna ubierała małą, która wyjątkowo była tego dnia spokojna. Lekko skrzywiła się, gdy wyciągnięto z jej malutkiej główki wenflon. Jakby czuła, że teraz już nie będzie jej potrzebny. Kombinezon, który zakupiłam w najmniejszym dostępnym rozmiarze, był sporo za duży. Czapeczka wydawała się ogromna, a w foteliku malutka się topiła, choć miała specjalną wkładkę dla noworodków.

Droga do domu była długa. Zaczął padać deszcz, który szybko zaczął przymarzać. Zrobiło się szaro, choć była dopiero 15. Samochody jechały jeden za drugim, leniwie posuwając się do przodu. Dłużyło mi się strasznie. Chciałam być już w domu, móc nacieszyć się moją kruszynką. Mieć ją tylko dla siebie i już cały czas obok. Długo na to czekałam…

Dotarłyśmy na miejsce…

Pamiętam dokładnie, jak wniosłam malutką do domu. W kuchni czekała moja babcia, tata i synek. Położyłam fotelik na podłodze i powoli zaczęłam rozbierać malutką. Z każdą ściągniętą warstwą Łucja stawała się mniejsza i mniejsza… Ubranie tak dobrze maskowało jej niewielkie rozmiary. Pod grubym kombinezonem kryła się niespełna dwu kilogramowa istotka…

Radość i łzy…

Szczęście przeplatało się z lękiem, jak to wszystko będzie. Synek nie mógł się nacieszyć, całował siostrzyczkę po rączkach, wszystkich uciszał, tak bardzo był szczęśliwy. Moja babcia płakała, bardzo płakała. Wyobrażała sobie, że Łucja jest większa, że nie aż tak malutka. Tak trudno było się jej pogodzić z tym widokiem. Nachyliła się nad malutką, uniosła jej drobną rączkę, na której widniał ogromny siniak i wyszła, bo nie mogła opanować łez. Tego dnia płakał także mój tata. Dzielnie chował się z emocjami, ale widziałam jak ociera łzy…

To był trudny dzień…

Gdy pierwsze emocje trochę opadły, zabrałam dzieci do siebie. W końcu miałam swoje dwa największe skarby przy sobie. Nikt mi nie patrzył na ręce, nie przerywał, nie przeszkadzał, nie pośpieszał, bo już czas odwiedzin się kończył… Mogłam w końcu się nacieszyć, nauczyć swojego dziecka, poznać je…

Czekając na męża, wylałam morze łez. Już sama nie wiedziałam czemu płaczę. Raz ze szczęścia, raz z żalu… Trzymałam w dłoni jej malutkie rączki i płakałam, bo tak wiele musiały znieść wkłuć. Głaskałam jej malutką główkę i było jeszcze gorzej… Pod cieniutką skórą widać było każdą żyłkę, a każde miejsce wkłucia oznaczało się wielkimi sińcami. Gdy brałam ją na ręce, przerażała mnie jej kruchość. Gdy zaczynała płakać, martwiłam się, bo nie wiedziałam dlaczego się żali.

Jak ja sobie poradzę? – myślałam.

Pierwszej nocy nie spałam. Nie mogłam zasnąć. Patrzyłam na córeczkę i na synka. Tak spokojnie spali… Przez moją głowę galopowały myśli natrętne, dlaczego to nas spotkało? Dlaczego malutka musiała tyle cierpieć, czy mogłam temu jakoś zapobiec… Łucja przebudziła się, była głodna. Pięknie wypiła mleko, choć w szpitalu bywało różnie. Tuliłam ją mocno do siebie, a ona spokojnie zasnęła w moich ramionach. Pierwszy raz tak w nocy… Znów płakałam, zastanawiając się, czy wcześniej ktoś tulił ją do snu…

Nie potrafiłam odłożyć jej do łóżeczka. Najchętniej tuliłabym ją całą noc w ramionach. Rozsądek podpowiadał mi, że nie mogę tego zrobić, gdyż w ostatnim czasie byłam bardzo zmęczona. Położyłam ją obok siebie i patrzyłam na nią całą noc…