Święta, święta, święta… – rzygam tym wszystkim!

,,Święta, święta i po świętach… Tylko to trzyma trzyma mnie przy życiu…” – tak kończy się list, który przysłała do mnie Czytelniczka. Uzyskałam zgodę na zredagowanie, ocenzurowanie i publikację, bo list ten dał mi dużo do myślenia.

 

“Cześć.

Piszę do Ciebie, bo już rzygam tym wszystkim, a tak naprawdę nie mam z kim podzielić się myślami (pisałaś kiedyś, że mogę uderzać o każdej porze dnia i nocy, to piszę… i tak wiem, że jest 3 w nocy…)

Ledwie zaczął się listopad, a w sklepach pojawiły się czekoladowe Mikołaje i pierwsze ozdoby świąteczne. Nie żebym miała coś przeciwko czekoladzie, ją uwielbiam w sposób szczególny, ale w listopadzie? Nosz kur… jeszcze znicze nie zdążyły zniknąć z półek, a już panoszą się na nich bombki!

Wszędzie przedświąteczne promocje i wyprzedaże, jakbym akurat przy kasie była, a nie jestem. Każda promocja jest oczywiście mega (nie ważne, że suszarka, którą chciałam kupić wcześniej kosztowała 99 zł, a teraz w PROMOCJI 129 zł!), każda wyjątkowa i niepowtarzalna. W każdym sklepie obiecują mi, że znajdę prezenty marzeń dla najbliższych. Serio? Z chęcią kupię trochę zdrowia dla taty, a mamcię obdarzę dużą dozą cierpliwości, by nas nie pozabijała przy świątecznym stole.

Telewizja bombarduje z każdej strony świątecznymi reklamami. Jak dobrze, że nie mam dzieci, bo pewnie szlak by mnie trafiał za każdym razem, gdyby dziecię wołało: o chcę właśnie taką lalkę/samochód/misia pod choinkę! O ile reklamę zabawek jestem w stanie wybaczyć, tak już pokazywanie jako idealny prezent dla kilkulatka (dzieci w reklamie na oko 8-10 lat) telefonu, tabletu czy laptopa nie rozumiem. No już całkiem komuś mózg odjęło!

Internet też pęka w szwach. Bez problemu znajdę TOP5, TOP10 czy TOP100 idealnych prezentów dla każdego członka rodziny. Zresztą nie muszę się zbytnio wysilać, by takie zestawienia znaleźć, atakują mnie każdego dnia (swoją drogą, co z Tobą? nie ma u Ciebie takiego zestawienia!). Każdy pomysł jest super i muszę go mieć, a przynajmniej tak mnie próbują przekonywać, bo inaczej szczęścia w świętach nie zaznam…

Prezenty, prezenty, prezenty – a to dopiero początek mojej frustracji…

Zaczął się grudzień. Z kimkolwiek nie rozmawiam, to słyszę: okna muszę umyć, tysiąc pińcet uszek ulepić i pierniki jak z okładki zrobić. A ja w d… mam te wszystkie wypucowane okna, to hycanie po drabinie i próbowanie domyć (czyt. doskrobać, bo przecież na minusie mamy) ten brud, co się od jesieni naskładał (baa, większość szorowała okiennice przed Wszystkimi Świętymi).

Nie będę tez uszek lepić, pierogów i innych czasochłonnych potraw. Kupię gotowe, no może nie będą aż tak smaczne, ale niczego im brakować nie będzie, a ja zyskam dwa dni (i polski rynek wspierać będę, a to też ważne).

Pierniki zrobię, nie że mi się chce, ale chrześniak uwielbia ze mną robić. Będziemy bazgrać nierówno wypieczone ciacha, rozsypywać posypkę po podłodze i lukrem obklejać wszystko wokoło, a co tam! Sprzątać nie będę, to znaczy nie jakoś szczególnie, a jak zawsze – codziennie, po trochu. I “siusiak” (cenzura 😉 ), że goście się zjadą! Niech się ciotka do blatu przyklei, a jak jej przeszkadza, weźmie i go wytrze. Święta, święta, święta… – rzygam tym wszystkim!

Tyle mogę  zrobić, na reszty wpływu nie mam…

Znów, jak co roku, będę słuchać, jak siostra suszy uszy swojemu mężowi, że zrobił bałagan, a ona dopiero co pomyła podłogę. Godzinę po kolanach ją pucowała, a on bezczelniejsze śmiał coś tam rozlać. To szczegół, że chłopina chciał jej pomóc i zabrał się za ten barszcz nieszczęsny, który swoją droga robi rewelacyjny. Siostra musi sprzątać kuchnię od nowa. O, tak jej mąż pomógł!

Potem z kolei będzie wrzeszczeć, że mąż się gdzieś ulotnił (wcale mu się nie dziwię, tylko czemu mnie ze sobą nie zabrał), a ona akurat teraz potrzebuje jego pomocy (wróżką to on nie jest, choć różdżkę podobno ma). Cała złość i frustracja przeleje się na dzieci i biednego dziadka, który próbuje nad wnuczętami zapanować i postanowił dzieci zająć ubieraniem choinki. No bo jak to tak, nie po “mojemu” – powie siostra. Bombki muszą być w odpowiedniej hierarchii, w precyzyjnie odmierzonych odległościach… No jak tak można?

To wszystko sprawia, że aż ja cała się gotuję. Zero świątecznej atmosfery! Złość, nerwy i kłótnie co chwila, a najgorsze przed nami… Patrze na moją rodzinę i się zastanawiam, co się z tymi ludźmi dzieje, że przed świętami dostają małpiego rozumu. I tak od początku grudnia do Wigilii…

Wigilia!

Już od rana bieganina w domu, bo do 18 tak mało czasu, a tu tyle do zrobienia. Każdy ma przydzielane z góry zadania, co do zasadności których nie ma podstaw wnosić zażalenia. Nie ważne, czy lubi czy nie wykonywać powierzone zadania, mamuśka wszystkich hojnie obdarzy pracą. Wynieść, przynieść, podaj, tamto zamieszaj… Rozkaz za rozkazem i wszystko w biegu…

Motam się w tym wszystkim i chowam, jak tylko mogę, po kątach. Nikt ze sobą nie rozmawia, nie ma czasu. Nikt nie śpiewa kolęd, bo za duży hałas. Nikt się nie cieszy (no może jedynie dzieci), tylko presja, by było idealnie…

A jest do dupy!

Święta, święta i po świętach… Tylko to trzyma trzyma mnie przy życiu…”

 

 

Mocne prawda?