Taaaka przygoda!

Przygoda większości z nas kojarzy się z niesamowitym przeżyciem, gdzieś z dala od domu, najczęściej na wymarzonych wakacjach. Jednak niezwykłej historii możemy doświadczyć gdziekolwiek. Czasem wystarczy tylko wyjść z domu i zasmakować niezwykłego zdarzenia.

Dzisiejszy wpis będzie o naszej niesamowitej przygodzie. Takiej nieplanowanej, spontanicznej i zarazem niecodziennej. To była ostatnia niedziela maja. Brakowało nam pomysłów na to, jak spędzić czas z dziećmi. Chcieliśmy by było miło zarówno dla nas, jak i dla maluchów. Tak, by nikt się nie nudził i nie narzekał. Wybraliśmy się więc z dziećmi nad pobliskie jezioro.

Ponieważ wcześniej nie planowaliśmy żadnej wielkiej wyprawy, a jedynie wyskok nad jezioro, nie zamierzałam zabierać zbyt wielu rzeczy ze sobą. Coś mnie jednak tknęło, by się przygotować na różne incydenty, dlatego zapakowałam w torbę ubrania na przebranie, coś ciepłego oraz kalosze. Nie zapomniałam także o jedzeniu i piciu, a maż nawet zapakował jednorazowego grilla i rozkładane krzesła dla dzieci. I choć jechaliśmy z założenia na chwilę, spakowaliśmy się jak na całodzienny wypad. I całe szczęście…

Na plaży, na której planowaliśmy spędzić niedzielne popołudnie, młodzież zorganizowała sobie jakieś spotkanie. Nie przeszkadzałoby nam to w ogóle, gdyby nie fakt, że byliśmy z dziećmi. Uszy więdły po kilku minutach dzielenia z nimi plaży, a na samą myśl, że dzieci mogłyby podchwycić tak bogate słownictwo, robiło mi się słabo. Postanowiliśmy więc zmienić miejscówkę.

A może tak objedziemy jezioro w koło? Padł pomysł męża, który w młodości takie rajdy, tyle że rowerem, organizował sobie bardzo często. Od czasów jego młodości minęło jednak sporo czasu (sorry mąż) i trasa, która kiedyś była przejezdna, teraz stała się “drogą prywatną”, gdzie “wstęp wzbroniony”. Domki letniskowe wyrosły, jak grzyby po deszczu. A każdy właściciel działki najchętniej odgrodziłby sobie jeszcze część jeziora. Także początki naszej wyprawy wyglądały mniej więcej tak, że co chwilę musieliśmy cofać lub zawracać, bo przejazdu nie było. W końcu dotarliśmy w bardziej dziką część, gdzie jezioro graniczyło z lasem, a posesje położone były kilka kilometrów dalej. I tu tak naprawdę zaczyna się nasza przygoda.

Jechaliśmy kilka metrów od brzegu jeziora traktem, z którego korzystali zapewne jedynie wędkarze i okoliczni mieszkańcy. Raz na jakiś czas było widać zejścia do wody, więc zatrzymywaliśmy się i oglądaliśmy okolice. To była zdecydowanie dzika część jeziora. W trzcinach kryły się zwodowane żaglówki oraz liczne pomosty. W niektórych miejscach brzeg jeziora oddalony był o kilkadziesiąt metrów od traktu i trzeba było na pieszo przedzierać się przez gęsty las. Dla dzieci było to ciekawe przeżycie. Tym bardziej, że za cel wycieczki postawiliśmy sobie znaleźć fajne kąpielisko, gdzie nie będzie tłumów, dno będzie piaszczyste oraz stosunkowo daleko będzie płytko.

1957 1958

Po raz pierwszy w życiu cieszyłam się, że dzisiejsze telefony mają tyle różnych aplikacji, jak na przykład GPS czy mapy Google. Tak, tak – zgubiliśmy się! Mało tego prawie utknęliśmy w lesie! Droga w pewnym momencie zrobiła się węższa i węższa… Gałęzie “głaskały” nam auto, aż trzeba było pozamykać okna, bo zaglądały nam do środka. Musiałam się nawet przesiąść na tylny fotel, bo przerażenie dzieci, że zostaniemy tu na noc, sięgnęło zenitu. Na szczęście po kilkudziesięciu metrach “przedzierania” się, wyjechaliśmy na główny trakt. Wcześniej jednak trafiliśmy w tak urokliwe miejsce, że trudno było nam wrócić z powrotem do auta.

W całkowitej dziczy, z dala od cywilizacji, ktoś  postawił bardzo urokliwy pomost. Po sprawdzeniu stanu technicznego przez męża, weszliśmy podziwiać widoki, które zapierały dech w piersi. Samo przejście po kilkunastometrowej kładce otoczonej trzcinami i tatarakiem robiło wrażenie. A na końcu czekała spora platforma z ławeczkami i zejściem do wody, której poziom nie przekraczał nawet trzydziestu centymetrów. Po prostu bajka. Idealne miejsce do kąpieli z dziećmi, gdyby tylko było cieplej…

Nie wiem, co podobało mi się bardziej, śpiew ptaków czy widoki? Dzieci były zauroczone, bo choć nie pierwszy raz były na pomoście, na takim jak ten, nie były nigdy. Ponieważ woda była bardzo płytka, pozwoliliśmy im usiąść na krawędzi i podziwiać rybki w wodzie, które nic nie robiły sobie z naszej obecności. Niedaleko brzegu widać było małą wysepkę, którą skolonizowało różnego rodzaju ptactwo. Spędziliśmy tam sporo czasu, siedząc w większości czasu w ciszy…

1960

1959

1961

Ruszyliśmy dalej w nadziei, że znajdziemy idealne miejsce na rozbicie naszego “obozu” i przekąszenia czegoś. Na chwilę las nam się skończył i zrobiło się fioletowo. Całe hektary facelii błękitnej cieszyły nasze oczy moim ulubionym kolorem. Swoją drogą, dlaczego ktoś nadał tej roślinie przydomek “błękitna”, skoro kwitnie na fioletowo?

Zapach, który unosił się w powietrzu najchętniej zamknęłabym w szczelnej butelce i przyniosła do domu. Dzieci biegały na krawędzi lasu i pola nie mogąc się nadziwić ilością fioletowych kwiatków. Mijaliśmy takie uprawy nie raz, jadąc gdzieś autem, jednak teraz można było dotknąć i powąchać kwiaty.

Kiedy już nacieszyłam się zapachem i uwieczniłam widoki w kadrze, wjechaliśmy ponownie w las, gdzie czekała nas kolejna przygoda. Tym razem prowadziła nas często uczęszczana trasa. Mijaliśmy na ścieżce spacerowiczów i rowerzystów. Byliśmy pewni, że droga prowadzi do jakiegoś popularnego kąpieliska, jednak nie. Trakt prowadził do pobliskiej wsi. Odbiliśmy w stronę jeziora i znaleźliśmy to, czego szukaliśmy przez cały czas – idealne miejsce do kąpieli i biwakowania.

Wyznaczone miejsce postoju, kosz na śmieci, miejsce na ognisko, piaszczysta plaża (choć tu akurat widzieliśmy wiele lepszych), piaszczyste, czyste dno i daleko sięgająca płycizna. Oprócz tego otaczający wokół las, cisza i spokój. Tak to idealne miejsce dla nas. Przynajmniej teraz, kiedy do sezonu jeszcze trochę i tłumów nie ma.

1962

1955

Rozbiliśmy nasz “obóz”. Mąż zajął się rozniecaniem ognia, w jednorazowym grillu rzecz jasna, a my poszliśmy nad jezioro. Dzieci założyły kalosze i beztrosko chlapały się w wodzie. Było zbyt zimno by chodziły na boso, lecz kalosze też na wiele się nie zdały. Woda szybko zaczęła wlewać się do butów, a spodnie w momencie zrobiły się mokre. Jednak to nie przeszkadzało w dobrej zabawie.

Po kilku minutach moje łobuzy były już praktycznie całe mokre, a ja stałam przed dylematem, jak ich z tej wody wyciągnąć. Na szczęście mąż zawołał nas na kiełbaski i moje głodomorki szybciutko popędziły do taty.

Oj jak dobrze, że zapakowałam ubrania na przebranie. Szybciutko zdjęliśmy mokre odzienie i założyliśmy suche. Grill nie dawał tyle ciepła, co ognisko, jednak można było się przyjemnie ogrzać siedząc niedaleko. Posileni, wykończeni momentami mrożącą krew w żyłach przygodą, postanowiliśmy wrócić do domu. Tym razem jednak jechaliśmy głównymi drogami…

1964 1965 1966 1967

1963

Nie siedź w domu! Chwytaj chwilę i przeżyj przygodę swojego życia!

Pozdrawiamy!