Zabrali mi dziecko!

Zabrali mi dziecko! Siłą wydarli mi moje maleństwo. Musiałam ustąpić, oddać, zostawić, powierzyć obcym ludziom… Pod przymusem, groźbą obowiązku. Płakał, nie chciał się ze mną rozstawać. Pytał, czy już go nie kocham. Błagał bym go zabrała, bym nie zostawiała. Musiałam walczyć z własnymi emocjami, by nie wybuchnąć płaczem, by nie tworzyć chorej sytuacji. Zabrali mi go. Zamknęły się drzwi, a ja odetchnęłam z ulgą, że się udało, że jednak został…

Sebastian od września rozpoczął przygodę ze szkołą, poszedł do zerówki. Bardzo się bałam. Ze stresu nie mogłam spać, jednak starałam się za wszelką cenę przekonać dziecko do nowej sytuacji. Pierwszy dzień nie był łatwy. Ogromne zamieszanie, bo wszyscy rodzice przyszli z wyprawkami. Każdy chciał coś przekazać wychowawczyni, w wyniku czego dzieci były zagubione, przestraszone. Na szczęście wychowawczyni Sebastiana pozwoliła na spokojnie nam się rozstać. Gdy już większość rodziców się rozeszła, zaprosiła Sebastiana do wspólnej zabawy. Spodobało mu się. Ze łzami w oczach pozwolił mi iść, a ja w momencie wykorzystałam sytuacje. Nadsłuchiwaliśmy jeszcze przez chwilę z Tomkiem, czy nie płacze. Cisza…

Wróciłam do domu i nie potrafiłam na niczym się skupić. W głowie ciągle echem brzmiało “czy ty mnie już nie kochasz?” Ze stresu nic nie jadłam i nie rozstawałam się z telefonem. Tomek też wyraźnie się denerwował i w pracy skupić się nie mógł. W każdym razie jeszcze nigdy mi się tak czas nie dłużył, jak wtedy do tej 12:45.

Pojechałam. Zastałam uśmiechnięte, wesołe dziecko pogrążone w zabawie z nowo zapoznanymi kolegami. Spytałam czy nie płakał, a pani odparła, że od tego tu jest, by nie płakało żadne dziecko. Następnego dnia wstał chwilę po mnie, nawet budzić go nie trzeba było. Z radością szedł do szkoły i chodzi tak już codziennie.

Zanim Sebastian poszedł do zerówki, bardzo mi się nie podobał ten pomysł. Byłam przeciwna tak wczesnej edukacji. Wszędzie słyszałam, że szkoły nie są przystosowane do przyjęcia tak małych dzieci i uwierzyłam w to. Dziś wiem, że to nie prawda. Sebastian ma zajęcia w oddzielnym budynku na terenie szkoły podstawowej. Do dyspozycji dzieci jest wydzielony tylko dla nich plac zabaw. Na stołówkę dzieci nie chodzą, bo śniadania i obiad jedzą “u siebie”. Wszystko odpowiednio zabezpieczone, aby dziecko jakimś cudem nie wyszło samo z terenu szkoły, bo obok ruchliwa ulica.  Zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażałam.

Być może nie w każdej szkole panują takie warunki, ale gdy się temu bliżej zastanowić… Ja też zaczęłam edukację jako 5-latek, gdyż w miejscowości, której mieszkaliśmy, był deficyt dzieci, więc kto mógł szedł wcześniej. Klasa dzieci z zerówki była na parterze obok klasy ośmioklasistów. Tak, wtedy jeszcze istniał system ośmioklasowy. Na stołówkę szli wszyscy i maluchy, ale także 14-15 latkowie z ósmej klasy. Łazienka też była wspólna. I co jest najdziwniejsze? Nikt wtedy nie widział w tym problemu! Starsze dzieci wręcz same z siebie opiekowały się tymi młodszymi. Nikt nie słyszał o wypadkach, o próbach pobicia, znęcaniu się czy innych przejawach agresji wobec najmłodszych dzieci. Takie były realia i nikt nie próbował tego zmieniać. Szkoły były w wielu wsiach, nawet tych całkiem niewielkich. Klasy były mniejsze, a czasem nawet łączone: dzieci na przykład z pierwszej i drugiej klasy uczyły się razem, każde przerabiało swój program. Dzieci w większości się znały, zarówno te młodsze, jaki te starsze, bo do szkoły chodziły jedynie dzieci z okolicy, a nie z innych miejscowości. Dzieci nie musiały wcześniej wstawać na autobus. Najczęściej starsze rodzeństwo odprowadzało młodsze. I nic się nie działo, a jeśli już to pojedyncze przypadki.

A dziś? Do szkoły w naszej miejscowości przyjeżdżają dzieci z całej okolicy. Żeby zdążyć na autobus wstają o 5, a czasem i wcześniej. Ci rodzice, którzy mają możliwość, zawożą swoje pociechy na własną rękę, by nie musiały tak wcześnie wstawać. By móc zaparkować auto na chwilę, też trzeba jechać wcześniej, bo brakuje miejsc parkingowych. W szkole jest tak dużo dzieci, że zajęcia muszą się odbywać także w systemie popołudniowym, bo brakuje sal i nauczycieli. A w małych miejscowościach często stoją nieużywane szkoły, z pięknymi boiskami, placami zabaw. Ale państwo nie stać na wygodę dla dzieci, za to stać na pensje dla rządu po kilkadziesiąt tysięcy! Ale to już temat na osobny post.

Pomimo, że szkoła przygotowała się wzorowo na przyjęcie 5-latków, nadal czuję, że zabrano mi dziecko. Codziennie wypytuję synka, co robił w szkole, by choć w ten sposób uzupełnić jakoś tą pustkę, którą czuję od kiedy poszedł do zerówki. Sebastian wraca ze szkoły nierzadko zmęczony do tego stopnia, że zaraz ucina sobie drzemkę. Pomimo tego, że w zerówce głównie się bawią, mam wrażenie, że synek traci trochę z dzieciństwa. Co prawda widać też wiele plusów, dziecko uczy się nowych rzeczy, doskonali swoje umiejętności, staje się jeszcze bardziej samodzielne. Być może za kilka miesięcy zmienię zdanie, póki co każdego dnia tęsknie 🙂

1526

1525

1524

1523

1522