Nie wolno, Słoneczko…

Niedawno miałam okazję obserwować ciekawą i zarazem bardzo smutną sytuację na placu zabaw. Wybraliśmy się z dziećmi na zakupy do miasta oddalonego paręnaście kilometrów od naszej miejscowości. Kompletowanie wyprawki, jak się okazało, to dość ciężka praca zwłaszcza dla maluchów, którym trudno się zdecydować na poszczególne rzeczy. Nasze pociechy były jednak bardzo wytrwałe i cierpliwie znosiły wędrówki po sklepach. W nagrodę postanowiliśmy zabrać ich na dużą salę zabaw.

Nie wolno!

Sebastian szybko znalazł grupkę nowych kolegów, z którymi świetnie się bawił. Łucje z kolei upatrzyła sobie pewna dziewczynka. Dziewczynka pewnie była w wieku mojej córeczki, ciężko stwierdzić, bo nasza panna jest znacznie niższa od swoich rówieśników (mniej więcej o głowę), a nowa koleżanka wyższa była sporo. Nie istotne. Istotne natomiast jest to, że nowej koleżance towarzyszyła babcia. Babcia kroczyła krok w krok za swoją wnusią, a jeśli ta próbowała wejść gdzieś, gdzie babcia nie dawała rady (a takich miejsc w małpim gaju nie brakuje), wnuczka słyszała: nie wolno, słoneczko…

Łucji koleżanka się spodobała, ale jej towarzyszka już nie. Otóż owa miła pani postanowiła także mojej 5-latce, która na owym placu zabaw jest raz enty, zakazywać zabawy. ,,Tam nie wolno, Kochanie, bo złamiesz nóżkę”, ,,jesteś taka malutka, gdzie masz mamusie?”, itd. W końcu widząc, że mina mojej gwiazdy zaczyna się robić nieciekawa, postanowiłam interweniować. Pod pretekstem zrobienia zdjęcia podeszłam do córeczki, obok której stała przewrażliwiona babcia. Zachęciłam Łucję do pokonania tunelu, który zawsze sprawia jej kłopot i się zaczęło…

,,Ja tu niedługo na zawał zejdę, a pani każe jej tam wchodzić?”

No każę, a co w tym dziwnego? Przecież to plac zabaw dla dzieci… Nie powiedziałam tego owej pani, ale miałam ogromną ochotę. Za to w sposób delikatny opowiedziałam o tym, że mała ma już 5 lat i dlaczego jest taka mała. Pani tak się zainteresowała, że nawet nie zauważyła jak jej wnuczka pognała za moim pędzi wiatrem w głąb małpiego gaju. Dziewczynka nie radziła sobie tak dobrze jak moja panna czy inne dzieci, ale co się tu dziwić, jeśli ciągle słyszała ,,nie wolno”.

Po kilkunastu minutach rozmowy z panią babcią, dowiedziałam się, że przychodzi tu z wnuczką raz w tygodniu, bo rodzice wykupili karnet. Na zwykłe place zabaw nie chodzą, bo tam są niebezpieczne huśtawki i karuzele. W kulki jej nie puszcza, bo tam tyle zarazków, a w piasku to bawiła się tylko na plaży. Jej mama bardzo dba o zdrowy rozwój, a babcia zgadza się z nią pod wieloma względami, zwłaszcza tymi dotyczącymi bezpieczeństwa. Pani babcia powiedziała, że dziwi mi się, że pozwalam na tak wiele swoim dzieciom i że tak spokojnie mogę pić kawę, kiedy tu tyle niebezpieczeństw…

Dziewczynka miała 5 lat…

Tyle co moja córeczka. Bała się zjechać na zjeżdżalni oraz skakać na trampolinie. Gdy już prawie się odważyła wejść na trampolinę, babcia z przerażeniem wykrzyknęła ,,kochanie, nie wolno”. Dziewczynka smutnie spuściła głowę i posłusznie poszła do babci, kiedy inne dzieci, w tym mniejsze od niej, bawiły się radośnie. Po pół godziny biegania po sali, nowa koleżanka mojej córki dostała kolki i strasznej zadyszki, a chwilę później opuściła salę zabaw. Moje dzieci bawiły się dalej, przybiegały jedynie się napić. My z kolei szukaliśmy ich od czasu do czasu wzrokiem, jednak nie przyszłoby nam do głowy, by im ograniczać zabawę. Dzieci wiedzą doskonale co im wolno, a czego nie.

Po powrocie do domu zaczęłam się zastanawiać, co owa pani musiałaby przeżywać, gdyby zobaczyła jak moje dzieci bawią się na co dzień. Później doszłam do wniosku, że w sumie nie tylko moje tak wariują, bo przecież to naturalne zachowanie dziecka!

Zabierzmy dzieciom dzieciństwo!

Dlaczego niektórzy dorośli starają się za wszelką cenę ograniczać naturalną potrzebę zdobywania świata przez dzieci? Dlaczego szukają niebezpieczeństw tam, gdzie są one znikome. Huśtawki i karuzele są według babci dziewczynki bardzo niebezpieczne, serio? Moim zdaniem wystarczy dziecku wytłumaczyć, że nie wolno podchodzić pod huśtawkę, gdy ktoś z niej korzysta. Przecież to nie jest takie trudne. Z drugiej strony, nie przypominam sobie, by mi ktoś takie rzeczy tłumaczył, a żyję, mimo że z huśtawki korzystałam często. Mój mąż może co prawda sporo opowiedzieć o tym jak wygląda bliskie spotkanie z tym umilaczem czasu, ale wiadomo wyjątek potwierdza regułę.

Zostawiając już te nieszczęsne huśtawki, ale kulki czy piasek? Ja rozumiem piaskownice odkryte wśród blokowisk, gdzie nie zawsze są odpowiedzialni właściciele zwierząt lub grasują bezpańskie zwierzęta. Wtedy to i ja nie odważyłabym się pozwolić dziecku na zabawę w piachu, ale kulki? Zarazki są wszędzie, jak nie w kulkach, to spotkamy je w tramwaju, autobusie czy sklepie. Nie jesteśmy w stanie ochronić dzieci przed nimi i naprawdę nie powinniśmy tego robić! Nie możemy popadać w paranoje i stwarzać dzieciom sterylnych warunków do życia, bo wbrew pozorom bardziej to szkodzi niż pomaga.

Nadopiekuńczość = brak samodzielności

Zastanawiam się jak wielu nadopiekuńczych rodziców zastanowiło się nad swoim postępowaniem. Nie próbuję nikogo oceniać, ani tym bardziej potępiać, ale ta dziewczynka (babcia twierdziła, że dziewczynka jest zdrowa) to najlepszy przykład na to, jak dorośli poprzez ograniczanie dziecku możliwości, hamują jego rozwój. Dziecko w wieku 5 lat powinno swobodnie biegać pomiędzy przeszkodami na placu zabaw. Ja rozumiem, że boi się zjechać z wysokiej zjeżdżalni. Moja też czasem się boi, ale nikt jej nie ogranicza, a wręcz przeciwnie zachęcamy do pokonywania lęku. Ta dziewczynka, mimo że na sali zabaw bywała często, nie potrafiła korzystać z jej możliwości, wszystko dlatego, że nie wolno było jej się bawić. Rozumiem, że nie każdemu dziecku wszystko wolno. Czasami choroba uniemożliwia pewne formy aktywności, ale ważne by nie patrzeć na dziecko jedynie przez pryzmat choroby i zamiast rozpamiętywać czego dziecku nie wolno, szukać takich form aktywności, które są dla dziecka bezpieczne.

Mam nadzieję, że babcia owej dziewczynki choć przez chwilę zastanowiła się dlaczego jej wnuczka tak bardzo odstaje od grupy rówieśników. Dlaczego była jedynym smutnym dzieckiem na tej sali i jedynym, któremu nie pozwolono wdrapać się na dmuchanego żółwia, który do wspinaczki służy. Mam ogromną nadzieje, że następnym razem pozwoli wnuczce pobiegać po małpim gaju, a jeśli się tak bardzo boi o zdrowie wnuczki, to może niech puści ją ze starszym bratem/siostra/kuzynem/kuzynką czy choćby ojcem. Pamiętam, że my z mężem biegaliśmy z dziećmi, gdy byli jeszcze zbyt mali do samodzielnego pokonywania przeszkód. Mam nadzieje, że Wy, moi drodzy Czytelnicy, dajecie swoim dzieciom dużo więcej swobody.